Dziś zapraszam do lektury notki kolejnej uczestniczki naszej akcji, Agnieszki, która pisze blogasamawtoniewierze.blogspot.com.
To było dokładnie trzy lata temu. Byliśmy już na wylocie ze starego mieszkania, wszak postanowiliśmy, że ładujemy się w ten życiowy kredyt, na dobre i na złe, że tak powiem, oczywiście z rozsądkiem i umiarem, żeby nie było :) Naturalną konsekwencją tej życiowej decyzji stało się absurdalnie życie w samochodzie, to tu, to tam, po kafle, gwoździki, packi, kontakty, baterie.. uff, no przecież nie chcecie tego czytać?
Właśnie przegryzaliśmy jakiegoś fastfooda, gdy zadzwonił Maciej:
-Mamuś tylko się nie denerwuj....
Szlag by to trafił, serce zaczęło mi walić jak zwariowane, my daleko, on sam w domu....
-Bo ja robiłem sobie frytki...
No żesz kurcze, on poparzony, pewnie w szpitalu, mieszkanie spalone, a już sprzedane, kutwa, kutwa....
-Synku co się stało??!!
-Bo ja robiłem sobie frytki..-( te mroczki przed oczami, to normalne?)- i zapomniałem, że wstawiłem olej i dopiero jak dym poczułem- (o Jezusie, Maryśku!)- taki czarny, to chciałem zgasić!I wstawiłem pod wodę, ale zrobiło się jeszcze gorzej -(dobrze, że siedzę)- i wyjąłem ten garnek ze zlewu, postawiłem na pralce i ta pokrywa się wygięła- (pogotowie, proszę pogotowie)- no to wstawiłem do lodówki i ta półka pękła!!!!!
Matko Boska, wszyscy Święci!!!
-Już do Ciebie pędzimy, coś Ci się stało? Co z mieszkaniem?
-Nic mi się nie stało, tylko od tego dymu kaszlałem....
Bilans-pokrywa pralki roztopiona, półka w lodówce kupiona dopiero dobry rok później, po wielu trudach, Maciej na szczęście nie poparzony przez ten pryskający pod wodą olej, a ściany ok!
No! To pozdrawiam rodziców nastolatków :D
I kocham Cię synu, za wszystko, za to też, będę miała co wnukom opowiadać!!!
Tekst publikujemy w ramach akcji "Macierzyństwo bez lukru", inicjatywy charytatywnej matek-blogerek, szczegóły znajdziecie tutaj.
Przez całe lata komunikat wstępny w słuchawce - "Mamo, tylko się nie denerwuj, już wszystko dobrze" - skutkował u mnie oberwaniem serca.
Zwłaszcza jeśli infant dzwoni z portu jachtowego w Gdyni z kojącą informacją, iż nieumyślne oparzenie mu przez kapitana wrzątkiem stóp (oraz skarpetek, które natychmiast przypsnęły do skóry) nie sięga trzeciego stopnia, zostało już opatrzone w pogotowiu i prawie w ogóle nie boli.
Ergo, nic nie stoi na przeszkodzie, by dzielna załoga oddała cumy i wzięła kurs na Hel, a dalej hajże! - na morza przestworza, jak to mają we zwyczaju początkujące wilki morskie.
I tak się stało, mimo moich nieśmiałych sugestii, żeby jednak zejść na ląd z uwagi na konieczność częstej zmiany opatrunków i zagrożenie infekcją. Reakcja była tylko jedna: "Rejs ma się nie odbyć przeze mnie? Jak ci nie wstyd? Przecież sama jesteś żeglarką!"...
To był argument nie do zbicia. Westchnęłam ciężko, życząc stopy wody pod kilem i czułych wiatrów z rufy, po czym objęłam dyżur przy telefonie non stop.
Szczęściem, pasjonatów litosierne Niebiosa zazwyczaj mają w swej opiece.
Okazało się, że drugi oficer uważał pilnie na zajęciach z pierwszej pomocy, że Bałtyk był przez te dwa tygodnie wyjątkowo łaskawy, a na infancie wszystko się goi, jak nie przymierzając, na psie. Albo na mamusi.
Nie ma to, jak dobrze uformowany łańcuch genetyczny...
Pozdrawiam z optymizmem w głosie